Luśki randka, czyli baleriny kontra szpilki…

Randkować jeszcze, czy już nie randkować ? –  Luśka już od dłuższego czasu głowiła się nad tym pytaniem bezskutecznie szukając odpowiedzi. Łaziła i głośno marudziła nie mogąc sobie znaleźć miejsca. No, ale ile można tak łazić i łazić? Cierpliwości u mnie jest wiele, ale w końcu i ja nie wytrzymałam, wiec pytam się jej spokojniutko:

- A co to znowu za pytanie Lusieńko i skąd te dylematy? Jeśli chcesz to randkuj sobie do woli, no chyba że nie chcesz albo nie masz z kim, no to wtedy problemu nie ma. -

Mówiąc to, jednocześnie spoglądałam w okno i szykowałam się do zaplanowanego wcześniej wieczoru. Pomimo wczesnej pory świat za oknem spowijały listopadowe szarości, a w moim domu było cieplutko i przytulnie. Na stoliku już czekała na mnie książka zapowiadająca same przyjemne chwile, koty przytulone do siebie smacznie spały, delikatna muzyczka leciała cichutko, a jeszcze cieplutkie czekoladowe ciasteczka pachniały nieziemsko. Wszystko było przygotowane zgodnie z moimi planami na leniwy domowy wieczór.

Ale widząc twarz Luśki już wiedziałam, że ten takim nie będzie. Bo Luśka ma znowu problem i to zdaje się znowu jest poważny problem. Wszak ona innych nie ma.

Tym razem zachciało jej się rozmyślać nie o polityce, ale o randkach.

No, a kto normalny myśli o tym w listopadzie? Przecież randkuje się cieplutką wiosną i latem. To wtedy pięknie opalone kobiety zakładają śliczne sukienki i spacerują ulicami kołysząc zmysłowo biodrami. Nawet mężczyźni ulegają letniej magii i wciągają swoje pozimowe brzuchy, przez co wydają się bardziej atrakcyjni i rokujący przyszłościowo. Cała natura sprzyja flirtowaniu i nawet powietrze pachnie beztroską i zabawą. We wszystkich miejskich kawiarenkach jest tłoczno i gwarno, a rozgwieżdżone nocne niebo nie pozwala spać. W takich warunkach o romansowanie nietrudno. Ale późną jesienią, gdy wieczory stają się długie, to trzeba siedzieć w cieplutkim dresiku pod miękkim kocykiem delektując się książkami i czym tam kto chce, a nie łazić po ponurym i zimnym mieście. Skoro Luśka samotnie nie chciała spędzać jesiennych wieczorów, to mogła myśleć o randkach wcześniej i należycie się przygotować, a nie teraz zawraca mi głowę takimi dylematami. No, ale tego jej nie powiedziałam. Nie zdążyłam.

Jeśli mojej Lusi zebrało się na zwierzenia, to trza jej było wysłuchać. Innego wyjścia nie było, zwłaszcza, że Luśki opowieści czasem są ciekawsze niż niejedna książka, więc moją szybko odłożyłam na półkę, a nam nalałam życiodajnej nalewki, opatuliłam się kocykiem i pozwoliłam jej mówić…

Luśka też usiadła wygodnie, przytuliła koty, napiła się łyczka nalewki. No dobrze, nie łyczka tylko znacznie więcej, ale żałować jej tego eliksiru nie będę. Więc Luśka napiła się, po czym westchnęła ciężko, raz jeszcze pogłaskała koty i w końcu zaczęła powolutku mówić…

-Alicja, ja przygotowywałam się do jesieni i nawet w tym celu byłam na jednej randce z takim jednym. Nie mówiłam ci, bo nie chciałam zapeszać, a zresztą ty byś mi odradziła mówiąc, że szkoda czasu na randki, skoro tyle jest innych przyjemnych możliwości spędzenia wolnego czasu.

No i nic wtedy nie mówiłam, ale latem byłam na najprawdziwszej randce.

Myślałam, że on rokuje na mojego jesiennego pana, ale gdy na samym wstępie powiedział do mnie: aleś ty drobna i mała, a później zapytał czy mam szpilki, to od razu wiedziałam, że długiej przyszłości ten związek nie ma. No tylko na tyle, co na wspólne wypicie kawy w tej kafejce i na grzeczne do widzenia.

Mała jestem i owszem, ale już przecież nie urosnę i to nie jest żaden defekt urody. Drobna też jestem, ale nie wszyscy muszą być gabarytowi i nosić ciuchy w rozmiarze XL. Małe, drobniutkie kobiety też są na tym świecie i mają się świetnie. Szpilki mam i to nawet ładne mam, ale na ulicę w nich nie wyjdę! Raz wyszłam. Raz tylko! A o mało życia wtedy nie straciłam. Na moje szczęście skończyło się na poobijanych kolanach i podartych pończochach. W nich i owszem – pięknie i seksownie się wygląda, ale nijak chodzić się nie da. Podejrzewam, że to jacyś chorzy na umyśle sadyści wymyślili takie obuwie i jeszcze nam wmówili, że mamy w nich chodzić po wybrukowanych ulicach i pewnie przy okazji zrobić zakupy i zataszczyć je do domu. A wszystko z zalotnym uśmiechem na ustach i kołysząc zmysłowo biodrami.

- Wiesz co Alicja? Owszem, kobieta w szpilkach jest seksowna. Nawet bardzo seksowna, ale mnie się wydaje, że takie szpilki nadają się tylko do gry wstępnej w salonie, a jak taka seksowna kobieta zdąży dojść do sypialni, to i w sypialni. Ot, tylko tyle w nich iść, żeby wyjść z łazienki, chwilę postać dla wzmocnienia efektu uwodzicielskiego i kołysząc biodrami, czy co tam kto ma do kołysania, przejść do łóżka, a w nim niech każdy robi co lubi. No tak uważam, ale tego mu nie powiedziałam, bo na pierwszej randce o łóżkowych ekscesach rozmawiać nie wypada. W takiej jednej książce o tym pisali i calutką ją przeczytałam, żeby wiedzieć co i jak należy mówić na randkach.

- Aż na chwilę przestałam oddychać z wrażenia, bo musiałam przyznać, że moja niefrasobliwa Lusia do sprawy randkowej podeszła nad wyraz poważnie i przygotowała się należycie korzystając z ugruntowanej wiedzy naukowej. Luśka widząc moją minę, tylko popatrzyła z politowaniem…

-A coś ty myślała? Przeczytałam stosowną książkę, no pewnie że przeczytałam, bo na randki nie łazimy i stosownej wiedzy my nie nabyły, wiec teraz trza nam korzystać z wiedzy innych. Ale ty mi nie przerywaj, bo nie dokończyłam… No i powiedziałam panu, że w szpilkach po ulicy nie chodzę, tylko w balerinkach. O tym, że 10687083_4554816485733_5996491889989644162_nszpilki, to ino w sypialni bym nosiła, to nawet mu nie pisnęłam. Pomyślałam sobie, że na takie intymności jest zdecydowanie za wcześnie, bo to jeszcze nie jest ten etap znajomości. Może i szkoda, że mu nie powiedziałam, bo spojrzał na moje nowiuteńkie balerinki z ledwo uchwytnym obrzydzeniem. Chociaż pojęcia nie mam dlaczego, bo te wyjątkowo śliczne były i moje nogi wyglądały w nich nad wyraz zgrabnie. No to się spytałam w czym tkwi problem, a on że podobają mu się kobiety, które chodzą tylko w szpilkach, a takich butów jak moje, to on nie lubi.

O żesztywielkoludzienieogolony!!

 Z tych nerwów wypaliłam mu, że skoro balerinek nie lubi, to niech w nich nie chodzi! Ja lubię, mam i biegam w nich przez całą wiosnę, lato i jesień!

Oooo!

Pan spojrzał na mnie z dezaprobatą, odetchnął głęboko i z nadzieją spytał o moje kozaki. No, ale oficerki też mu nie przypadły do gustu. Nie wiem, co z nim było nie tak, ale faktem jest, że bardzo czepiał się moich butów. 

Pomijając ten obuwniczy incydent na samej randce było miło, bo pan był uroczy i elokwentny. Zgodnie z podręcznikiem randkowania pozwoliłam mu zapłacić za moją kawę, a pan w rewanżu opowiedział mi całą swoją romansową historię. Sporo tego było, więc kilka godzin minęło nam szybciutko. Muszę przyznać, że trafiły mu się różne kobiety. Co on się z nimi nieborak miał, to słów brakuje by opowiedzieć. Nie zdążyłam się tylko zapytać, czy one wszystkie chodziły w szpilkach. Ale może to i dobrze, bo temat był bardzo drażliwy i nie chciałam już go denerwować. Ale coś mi się wydaje, że istnieje jakaś poważna zależność między jego kobietami w szpilkach, a tymi nieudanymi związkami.

Na koniec spotkania pan bacznie mi się przyglądając powiedział, że bardzo mu się podobają starsze kobiety i z jedną, taką starszą od niego o kilkanaście lat, był przez wiele długich lat. Ja to się nawet ucieszyłam z tego jego upodobania, bo też byłam od niego starsza i chociaż raz mój mocno zaawansowany wiek nie stanowił problemu. Wprawdzie tylko o 4 lata byłam starsza, ale przecież byłam i pomijając moje obuwnicze preferencje, niski wzrost i mikre gabaryty, to jednak miałam konkretny i nie byle jaki atut. Sie nawet pochwalę, że po tej randce pan był mną oczarowany i to jego oczarowanie trwało cały kolejny dzień i jeszcze cztery godziny. Ale… No, ale potem mu przeszło. Alicja, ja nad tym poważnie myślałam i mnie się wydaje, że to z powodu dzielącej nas zbyt małej różnicy wieku nic z tego nie wyszło. Za młoda dla niego byłam i tyle. Echh…ale gdybym tak była od niego starsza o…o…o przynajmniej 10 lat…

- Luśka, sącząc z wolna nalewkę i wzdychając z rozmarzeniem spojrzała w okno…

- Ale Lusieńko! Co ty na boga pleciesz! Przecież wtedy miałabyś prawie sześćdziesiątkę i myślisz, że w takim wieku biegałabyś na randki w szpilkach? Ty weź się puknij w swoją blond głowę! Ooo!

Luśka znieruchomiała, szybko w pamięci policzyła i uśmiechnęła się do mnie szeroko. - A faktycznie! Z tego wszystkiego zapomniałam, że wtedy będę mieć aż tyle lat. Ale zobacz tylko jak mądrze w tej książce napisali, żeby nie całować się na pierwszej randce. Że to niby taka zwiadowcza jest. Zasady zasadami i chociaż ta randka była tylko po to, żeby wdrożyć w życie wiedzę książkową i przypomnieć sobie na czym takie spotkania polegają, to zasady można przecież złamać. Tylko, że on się czepiał moich ulubionych butów, a z takim całować się przecież nie będę. I wymyśliłam, że gdy będę chciała z kimś się spotkać, żeby miło spędzić czas, to będę się umawiać tylko z kobietami. 

A wiesz dlaczego? Bo one nie czepiają się moich balerinek.

Fotografia znaleziona w sieci, jej autor jest nieznany. 

Zapraszam do odwiedzin i polubienia mojej strony na FB. Kliknij- www.facebook.com/pages/Manukowe-szarosciblogpl/1485546024994768

Opublikowano perypetie z Luśką w tle | Otagowano , , , , , , , , , | 7 komentarzy

Jesień mojego życia…

Na moim biurku czerwieni się gałązka jarzębiny, na balkonie dzikie wino przybiera jesienne barwy, a z kuchni unosi się cudny zapach smażonych śliwek. Na targu kupiłam ich całe mnóstwo. Takich małych, słodkich i pomarszczonych, czyli  pierwszych prawdziwych śliwek węgierek. 
Ale kiedy zaczynam je smażyć, to wiem przecież, że już nieuchronnie zbliża się jesień. O tej porze roku z reguły ludzie ze smutkiem mówią: „koniec lata, koniec wakacji i letnich szaleństw…”  I rozpaczliwie dodają : „lato wróć!”.  

Bo lato tak właśnie nam się kojarzy: z beztroską i nadzieją na dobry czas, a jego koniec napawa smutkiem i nostalgią. A przecież i koniec może być czymś dobrym i wyczekiwanym. Owszem, to lato odeszło bezpowrotnie, ale jesień to nie tylko przecież koniec energetycznego i dającego życie lata, kiedy wciąż nam się czegoś chce, ale początek czegoś niezwykłego. To jakby oddech po długim, wyczerpującym wysiłku albo przyjemnie chłodny wieczór po skwarnym dniu. 

Jakaś kojąca spokojność następuje w przyrodzie i w naszym życiu. Tak jakby cała natura mówiła nam: – „odpocznij i nie pędź tak szybko. Zatrzymaj się i rozejrzyj wokół. Odetchnij i poczuj na czym polega życie, zacznij je smakować i delektować się tym co jest i doceń to co masz.”-

Posłuchałam tego, bo za mną wyjątkowo trudne lato, pełne zawirowań, niespodziewanych trudności i wykańczających burz. Znowu musiałam się z czymś poważnym uporać i chociaż spróbować jakoś przewartościować swoje życie. Nie chciałam tego, ale tak to już jest, bo należę do tej grupy ludzi, którym nie dane jest zaznać spokoju i poczucia stabilizacji. To nie tak, że nigdy wcześniej tego nie było, ale tym razem zabrakło mi siły, by samotnie sobie z tym poradzić.          

 

I chyba po raz pierwszy w moim życiu cieszę się z nadchodzącej jesieni.

Już nie boję się melancholii jesiennych wieczorów i jesiennych szarug, ani nie tęsknię do lipcowych i sierpniowych gorących uniesień.1926941_10153051494000865_3269128705221304359_n
Tym razem do powitania jesieni dojrzałam.  
Powoli podnoszę pierwszego w tym roku brązowego kasztana, delikatnie go głaszczę i już po chwili czuję jego moc i ulgę.
Ulgę, bo nareszcie przyszła jesień z wszystkimi jej kolorami i zapachami, łagodnym słońcem, delikatnym szelestem liści, z zapachem palonych ognisk i pieczonych w nich ziemniaczków.
Ulgę, bo na szczęście przeżyłam jakoś to lato i idę dalej w jesień mego życia. Może i jestem mocno poobijana, ale już wiem, że przede mną długie jesienne wieczory. Tak przecież urokliwe, gdy za oknem wieje wietrzysko i pada zimny deszcz, a ja schowana przed całym światem pod miękkim kocem, zostaję w domu z książką i jeszcze cieplutkimi ciasteczkami czekoladowymi. 

 

Bo jesień to nie tylko koniec lata, ale wyciszenie, odpoczynek i spokojne delektowanie się życiem.  

Ostatnio usłyszałam, że przekraczam magiczną pięćdziesiątkę, więc wkraczam w jesień życia, no i że lekko nie będzie. Roześmiałam się tylko, bo lekko to mi do tej pory nie było, więc nie oczekuję, że w drugiej będzie inaczej.  Tylko, co to znaczy: „magiczna pięćdziesiątka”? Czy dla nas wszystkich oznacza to samo? Dlaczego ludzie tak bardzo się jej boją?

Według uczonych, mężczyźni wówczas dokonują bilansu swojego życia i w skrytości ducha boją się o swoje seksualne możliwości. Seks jest dla nich wyznacznikiem męskości i młodości, więc martwią się o to, czy sprostają w sytuacjach intymnych. Natomiast kobiety wchodzą w biologiczny czas menopauzy, która oznacza fizyczne starzenie się, czyli zmarszczki, siwe włosy, wiotkie ciało i według uczonych tym zamartwiają się przez cały czas. Na dodatek dzieci już są dorosłe i zaczynają żyć swoim życiem, a ludzie zostają sami ze sobą. Wiele osób zmaga się wówczas z syndromem pustego gniazda. Podobno.., dla wszystkich jest to czas trudny, bo wymaga posumowań, zmierzenia z nieuchronnością i znalezienia nowego sposobu na swoje życie.  To czas, kiedy siebie trzeba zdefiniować na nowo. 

Myślałam nad tym dosyć intensywnie i doszłam do wniosku, że nie dla mnie. 

Nie boję się jesieni mojego życia, a wręcz na nią czekam. Za mną jest ciężkie, wyczerpujące życie i do tej pory nabyłam sporo tak zwanej mądrości życiowej i przeszłam przez wiele ciężkich doświadczeń. I to takich wymagających trudnych decyzji, odwagi, siły i woli przetrwania.

Swoje podsumowanie zrobiłam już dawno, młoda już być nie chcę i na szczęście nie muszę, a swoje zmarszczki i ciało lubię. Nauczyłam się też tego, co jest w życiu ważne i wiem, że już niewiele muszę i niewiele chcę. Każdy z nas ma w życiu do spełnienia jakąś rolę i zadanie, myślę, że ja swoje już spełniłam. I to co należało w życiu zrobić i doświadczyć, też mam za sobą. 
Więc już nie chcę wiosennych przesileń, letnich burz i nawałnic w jednej chwili rozwalających cały mozolnie uporządkowany świat. Nie chcę czekać na to, że kiedyś i do mnie los się uśmiechnie, bo się nie uśmiecha i wiem, że nie będzie. Nadzieja i wiara niczego dobrego mi nie przyniosła, a tylko boli to bardziej. Dzisiaj tęskni mi się do subtelności i powolności jesiennego życia i jedyne o czym marzę, to by zima przyszła łagodna. 

Dojrzałam do tego.

Chociaż przyznaję: kiedyś miałam nawet marzenia. Część z nich, te najważniejsze udało mi się spełnić, część była niemalże w zasięgu moich dłoni i już.., już wydawało mi się, że i one się spełnią, ale… Ale żyjemy w świeci pełnym ludzi i w przeróżnych od nich zależnościach, a są marzenia, których spełnienie zależy nie tylko od nas i naszej nad tym pracy, ale od tak zwanego szczęścia w życiu. Ja go nie mam, więc tych nie udało mi się spełnić. Ot, tak się ułożyło, być może urodziłam się pod taką gwiazdą, być może taka moja karma, być może tak ma być.

Całe życie marzyłam jednak o tym, by wieść życie proste, gdzie codzienne problemy są zwyczajnymi i nie wymagają traumatycznych przeżyć i trudnych decyzji, od których zależy dalsze życie.

Marzyły mi się leniwe popołudnia z widokiem na świat, by móc poczuć te zapachy, by zobaczyć jak piękne może być życie, bez nieustannych prawdziwych dramatów, chorób i cierpienia. Bez tej mrocznej i trudnej strony mojego świata i mojego życia. Bez tego ustawicznego budowania życia od nowa i dźwigania wszystkiego na swoich barkach. 

Są ludzie, którzy nie zaznali życiowej mądrości i życie oszczędzało im dramatycznych doświadczeń. Oni zwyczajny, poukładany świat mają wszędzie wokół siebie. Dla mnie to są szczęściarze, oni myślą o sobie inaczej. Chyba trudno jest im  docenić to swoje poukładane życie, gdzie wszystko toczy się wcześniej ustalonym trybem i jest takie przewidywalne. Niekoniecznie zgodne z ich pragnieniami i oczekiwaniami, ale dające poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Oni marzą o tym, by coś się w ich życiu zadziało, ja marzę o tym, by w moim już nic się nie działo. 

 Dzisiaj z tym się pogodziłam, no może nie zawsze, ale sił by wierzyć w zmianę na lepsze już we mnie nie ma. To lato mojego życia, gdy wszystko było możliwe, a burzliwe zmiany przychodziły jedna po drugiej, mija bezpowrotnie. Na moje szczęście, bo umęczyło mnie w sposób trudny do opisania. 

 

Teraz daję sobie czas na spokojność życia mojej jesieni, a gdy uda mi się ją osiągnąć, to na przygotowywanie się do senności zimy. 

Zbudowałam swój dobry dom i chociaż to tylko mikroskopijny świat, to przecież całkowicie zależny ode mnie i jego dobrostan zależy tylko i wyłącznie ode mnie. Może dlatego ciągnie mnie czasem do innego życia i świata. Gdzieś, gdzie będę mogła odpocząć, ale to pewnie oznaka swoistej dojrzałości i chęci powrotu do korzeni, do tych nielicznych dobrych chwil dzieciństwa. A może to jest tylko moje zmęczenie miejskim pędem, hałasem i szumem, zmęczenie pracą i zmęczenie życiem?

Ot, takie to moje marzenie przywołane nostalgicznym zapachem jesieni i mocą zaklętą w kasztanach miękko błyszczących w ciepłym wrześniowym słońcu. 
Zamknęłam balkon, bo już noc i zimno się zrobiło pomimo tak przecież upalnego dnia. Na moim łóżku, tuż obok mnie kot Borys słodko śpi. Leciutko się przeciąga i śmiesznie wyciąga łapki, a od czasu do czasu pozwala mi się pogłaskać i przytulić. Coś smutne to kocisko ostatnio się zrobiło, nawet nie wiem dlaczego. Wciąż przychodzi i głośno domaga się mojego przytulenia i uwagi. Może wie o czymś, tylko nie chce mi o tym powiedzieć. Koty wiedzą o wielu sprawach i to zanim one nastąpią, ale dzielić się swoją wiedzą nie chcą. Tosia też nie chce ze mną porozmawiać, tylko siedząc na parapecie tęsknie spogląda przez okno i cichutko piszczy na widok tańczącego na wietrze listka. Na biurku stoi kubek z moją ulubioną herbatą, a w tle rozbrzmiewa delikatna muzyka. 

 

Uśmiecham się leciutko, bo zrozumiałam, że pomimo tego burzliwego lata, w moim życiu i domu wciąż coś pozostaje niezmienne. 

Jesień, jesień idzie, a ja oddycham głęboko i cieszę się, że to lato minęło bezpowrotnie…

Ilustracja by  Isabel Osma
Zapraszam do odwiedzin i polubienia mojej strony na FB. 
Opublikowano refleksyjne spojrzenie | Otagowano , , , , , , , , | 6 komentarzy

Bo Luśka ma problem z alkoholem…

No i wydało się. Luśka ma problem z alkoholem.

Moja ukochana kobietka sama się do tego przyznała i to dobrowolnie przyznała, a to już podobno połowa sukcesu i pierwszy krok do wyleczenia.

I to byłaby nawet dobra wiadomość, ale jest czwarta nad ranem, a my już od pół godziny siedzimy nad kubkami z kawą. Mnie spać chce się okrutnie, ale patrzę na Luśkę i wiem, że dzisiaj to spać już nie będę. Bo ta siedzi na moim łóżku, głowę spuszcza smętnie, oczy przeciera i wzdycha uporczywie. Żeby chociaż raz wzdychnęła, to bym to jeszcze wytrzymała i może odrobinkę bym się przespała, ale ta głośno wzdycha… raz po raz. Nawet nie mam siły się denerwować, bo o tej porze nie bardzo wiem, co to znaczy. Mnie się chce spać, a nie wysłuchiwać jej zwierzeń i wzdychania.

Ale od początku. Luśka obudziła mnie w środku nocy tarmosząc niemiłosiernie i mówiąc o tym piciu. Koty widząc co się dzieje, zaczęły miauczeć wniebogłosy, bo zmyślnie uznały, że skoro ruch się zrobił, to znaczy, że rano jest i śniadanie dostaną. Ta mnie szarpie, koty miauczą i skaczą, więc wstać musiałam, bo opór był bezcelowy. Im dałam jeść, nam zrobiłam kawy i teraz, o czwartej rano, siedzimy wszyscy jak boże sieroty i milczymy. Koty milczą zadowolone, ja milczę śpiąca, Luśka milczy rozsądnie.

No, ale po czymś takim, to co mamy nie milczeć…

No bo co mówić?

No co?

Alkohol szkodzi?

Toż przecież ona sama mi to powiedziała i już wie. Faktem jest, że ten szkodzi też i na moje spanie i na moją urodę, bo o tej nieludzkiej porze, zamiast spać jak na przyzwoite kobiety przystało, to my naiwnie myślimy, że może coś na to wymyślimy.

A nie wymyślimy, bo zaczęło się od tego, że my pić nigdy nie potrafiłyśmy. Uczyłyśmy się tego od dłuższego czasu. O tym pisałam w poście—>( kliknij)   ” wódka, oliwa i kobiece Virtuti Militari…” A wczorajszy wieczór uświadomił nam, że znowu z piciem nam nie wyszło. I marniutki jest efekt tej całej naszej nauki.

Bo Luśka wczoraj wypiła jedno! – jedno duże, prawdziwe zimne piwo i to jeszcze takie w oszronionej butelce. Wypiła szybko, bo upał był i pić jej się chciało i jej zasmakowało. Efekt był taki, że wypiła i po chwili padła nieprzytomna na łóżko. Spała cztery godziny, a sny miała o takim jednym i to nie byle jakie były sny. Takie z gatunku romansowo-przygodowych.

Ja też piwo wypiłam, też szybko, bo i mnie smakowało, ale snów żadnych nie miałam. I to nie jest sprawiedliwe. Oj, nie jest, bo też bym takie chciała. Zwłaszcza, że mnie się sny sprawdzają, a Luśce ino śnią. Ale tego wypominać jej nie będę, nie w środku nocy.

Parę lat temu Luśce to nawet lekarz kazał pić i to dla zdrowotności było. A było to tak. Luśka zachorowała i znalazła się w szpitalu i lekarz kazał jej piwo pić i traktować to jako lekarstwo. I to takie najważniejsze z ważnych. A na jawne oburzenie i głośny protest Luśki, że jak to tak, że ona w życiu, że żadnego alkoholu, że ona chora, a ten przecież szkodzi, że to działanie wbrew etyce i na szkodę.., lekarz spokojnym tonem oznajmił, że Luśka piwo pić musi, jeśli zdrowa chce być. No, a Luśka strasznie chciała wyzdrowieć, bo choroba to bolesna była.

No, bo Luśka miała kolkę nerkową.

Kto raz to przeżył, ten wie co ona przeżywała. A wszystko przez piasek w nerkach, który nijak nie chciał się wypłukać i ciągle bolało ją w sposób trudny do opisania. W szpitalu przebywała przez dwa tygodnie, kroplówek i leków p/bólowych otrzymywała moc, a piasek nerkowy jak był, tak był i opuścić jej nie chciał. A ponieważ w okolicy były powodzie i w Luśkowym szpitalu zalało piwnice, więc pacjentów ewakuowano do innych szpitali, a Luśkę wypisano do domu z dwoma zaleceniami.

Otóż – miała pić wodę Jana i piwo. Oba w dużych ilościach, tak ok 3-4 litry dziennie z przewagą na wodę Jana i miała też dużo spacerować, a jakby się dało, to i biegać miała.

Biegać nie biegała, bo gorąco było, a w klapeczkach i mini spódniczce niewygodnie jej było biegające sporty uprawiać. Raz nawet podbiegła do autobusu, bo ten coś za szybko z przystanku odjeżdżał, ale przy tym tak się zmachała, tak zasapała, że powiedziała, że tego biegania, to jej wystarczy na długi czas i ten lekarz na pewno nie to miał na myśli.

Za to Luśka piła. Woda Jana w smaku najgorsza nie jest, ale zimne piwo latem…hmm…no wiadomo. Co tu dużo gadać. W upały piwo jest przepyszne. Daj nam Boziu zawsze takie lekarstwa, a ona przecież obowiązkowo przyjmować je musiała.

W ramach leczenia Luśkowej kolki nerkowej poszłyśmy do urokliwej kafejki. Ja na południową kawusię, Luśka na duże lecznicze piwo. Usiadłyśmy w wygodnych fotelikach, słoneczko przygrzewało miło, ptaszki śpiewały, kwiatuszki kwitły. No uroczo było. Gadałyśmy o wszystkim i wypiłyśmy to, co do picia było. Że miło było, a do domu wracać było za wcześnie, to ja zamówiłam kolejną kawę, a Luśka kolejne duże piwo.

Wiadomo – leki trza przyjmować systematycznie i zgodnie ze zleceniem, no i Luśce sporo brakowało do zaleconej dobowej dawki płynowej.

Kelnerka popatrzyła na Luśkę jak na prawdziwą patologię, że południe, a ona drugie piwo. Ale my nic. Obcej dziewczynie, w wieku nastoletnim, tłumaczyć się z leczenia nie będziemy. Więc siedzimy, gadamy, odpoczywamy, popijamy – ona piwko, ja kawusię. Milutko jest i owszem, ale czas mija, późno się zrobiło i pora nam do domu. Wstajemy i …!!

I problem kurna jest – ooo!!!

Luśce coś na nogi padło i chodzić nie potrafiła. Nogi plątały się jej bardzo, prosto stanąć nie potrafiła, a do domu spory kawałek drogi był. Obejrzałam naklejkę na Luśkowym lekarstwie, a tam słowa o takich skutkach ubocznych nie było. Co było robić? Ja przyjaciółki samej nie zostawię przecież, więc ciągnęłam ją do domu taką mocno zawichrowaną i to w samo popołudnie ciągnęłam! Wstyd był spory, bo jak wytłumaczyć ludziom, że to efekt uboczny leku, który lekarz specjalista kazał jej przyjmować? Luśka, po tym piwie, to nawet klapeczki zdjęła i biegać chciała. Nagle na sporty jej się zebrało. Ile ja się namęczyłam, żeby jej to wyperswadować. Tłumaczyłam i tłumaczyłam, a ta jakby ogłuchła i wciąż tylko chciała biegać. A przecież o bieganiu w takim stanie mowy być nie mogło. Już raczej o czołganiu się, ale do tego też nie dopuściłam.

Faktem jest, że po tym piciu, nerki przestały ją boleć i wyzdrowiała. Taką moc sprawczą piwo ma i chyba dlatego ludzie piją go często i w dużych ilościach. I nikomu nie szkodzi, tylko Luśka ma z nim problem. Bo ona już po jednym, mówi jakimiś okrągłymi słowami i nogi jej się za bardzo plączą, że o tym nagłym zasypianiu już nie wspomnę.

I teraz Luśka się martwi, bo powiedziała, że jest lato i chciałaby wieczorami zacząć chodzić do knajp, ale tam trzeba pić piwo. 397588_2286316933309_69489446_n A ona po jednym od razu zasypia, więc jak ją tam zabrać? Owszem, ona potrafi pić i pije, ale tylko wino i to zaledwie jedną lampkę. A tam ludzie preferują piwo. Taki zwyczaj jest. Wiadomo, że gdy ludzie spotykają się na takim piwku, to stare przyjaźnie zacieśniają, a nowe nawiązują. Jest głośno, zabawowo i rozrywkowo. Wszyscy rozmawiają, śmieją się, wspólnie fajnie czas spędzają. Podobno nawet … można też w takiej knajpce znaleźć kogoś w celach rozmaitych i podobno – później można z nim te cele wypróbowywać i uprawiać.  Podobno tak tam jest. Zresztą, takie miejsca po to między innymi są. Luśka o tym czytała i też by tak chciała, ale ona biedna pić nie potrafi.

To jak ma nawiązywać, zacieśniać i wypróbowywać?

Luśka mówi, że przez te jej problemy alkoholowe, to ona nijak przyjaciół i faceta nie znajdzie, bo wszędzie trza pić, a ona już nie może i pić nie będzie. Trochę ją rozumiem, bo i ja sukcesów w dziedzinie alkoholowej nie mam żadnych. Jedno wypite piwo zaburza na dłuższy czas moją synchronizację nożno-mówioną. Ale przyjaciół przez to mamy niewielu, a jakby tego było mało, to my z Luśką jesteśmy introwertyczki. Z tym, że ona upiera się, że żadnymi takimi nie jesteśmy. Że jak już, to my jesteśmy ekstrawert… coś tam. No według niej – jesteśmy ekstra z tym, że odrobinę nieśmiałe jesteśmy, no i pić nie potrafimy.

Ot i problem jest poważny.

Fotografia znaleziona w sieci, a fotograf jest nam nieznany.

Zapraszam do odwiedzin i polubienia mojej strony na FB. Kliknij–>  www.facebook.com/pages/Manukowe-szarosciblogpl/1485546024994768

Opublikowano perypetie z Luśką w tle | Otagowano , , , , , | 4 komentarzy