W środku miasta, zapach jesiennego ogniska…

Rano moje miasto otuliła jesienna mgła i wyciszyła wszelkie uciążliwe odgłosy. Szłam do pracy szybciutko, w ręce delikatnie trzymając znalezioną po drodze gałązkę czerwonej jarzębiny. Wszędzie unosił się zapach mokrych żółtych liści, a i moja gałązka pachniała mgłą i późną jesienią. I pomyślałam sobie, że może nie ma już ciepłego słońca i lato też już się skończyło, ale dzisiaj mamy taki piękny, prawdziwie aromatyczny jesienny dzień. I zapragnęłam, by ten dzień był dla mnie łaskawy, bym nie musiała znosić więcej, niż jestem w stanie. Ale nie zawsze jest tak, jakbyśmy chcieli i marzyli i ten dzień był jednym z tych trudniejszych.

Czasem chciałoby się uciec od ludzi, od ich spraw i przeznaczenia. Tego przeznaczenia, które na usta ciśnie słowa: dlaczego tak! dlaczego temu człowiekowi! Boziu nie!! dlaczego… dlaczego… dlaczego Boże jeśli jesteś… Chciałoby się uciec, by nie widzieć i nie czuć. Tak byłoby rozsądniej. Tak mówi zdrowy rozsądek. Ale przecież podchodzę, otwieram swoje ramiona i mocno obejmuję to rozpaczliwe szukające wsparcia ludzkie nieszczęście. Spogląda na mnie pełnymi łez oczami. I już wiem. Dzisiaj świat się zawalił tej przerażonej i wtulające się we mnie drżącej Istocie. Przytulając ocieram jej łzy i szepczę na ucho słowa zaklęcia, wierząc że dotrą tam gdzie powinny, że dadzą siłę i pomogą …

I przez ten moment jestem tylko z tym człowiekiem i cała jestem tylko dla niego. Bo nikt w takim momencie nie powinien być sam. Nikt.

Tylko tyle mogę… Nic więcej…

I po raz kolejny wiem, że moja praca uczy mnie pokory. Pokory do życia, losu i do siebie”.

Późnym wieczorem wychodzę do domu. Chcąc po drodze zostawić gdzieś świat w którym byłam, idę spokojnie i wolniuteńko. Przyglądam się ludziom spieszącym gdzieś i za czymś. Ludziom żyjącym zbyt szybko i nieuważnie. Ludziom zaaferowanym zupełnie nieistotnymi sprawami i zbyt mocno przeżywającymi drobne czy wyimaginowane problemy. Chciałoby się nimi potrząsnąć i im wykrzyczeć – przestańcie wymyślać i marudzić, zacznijcie cieszyć się życiem, zacznijcie cieszyć się życiem…

Jednak idę w milczeniu i wciąż mam pod oczami obraz mojego cierpiącego człowieka. Już mojego. I myślę o nim i o tym z czym przyszło mu się zmierzyć i nie wiem jak pomóc mu, to udźwignąć. Idę rozmyślając, ale już powoli uciekam od chorób i ostatecznej ostateczności, od złośliwości i małości co niektórych. Uciekam od pracy, ludzi i świata. Uciekam do spokoju i ciszy, by zapomnieć o tamtej samotności  i cierpieniu; o tym bólu co oddychać nie pozwala, a oddychać trzeba; o łzach schowanych pod powiekami; od pytań na które nie ma już odpowiedzi…

Muszę wrócić do swojego życia…

Pomimo późnej pory i otaczających ciemności, siadam na parkowej ławce.   sleeping-89197_640                          Powoli i spokojnie oddycham. Wyciszam emocje i wrażenia z całego dnia…potrzebuję tego…potrzebuję tego, by poczuć, że żyję …   I tam, tego właśnie dnia w samym centrum mojego jesiennego miasta, siedząc na zimnej ławce poczułam zapach ogniska i pieczonych w nim ziemniaków. Coś niesamowitego. Rozejrzałam się, ale wokół mnie były tylko budynki i ciche uliczki, a tu nie wiadomo skąd ten niezwykły zapach. Nie pamiętam, kiedy siedziałam przy jesiennym ognisku. Dwadzieścia, a może trzydzieści lat temu? Nie pamiętam i nie pamiętam, kiedy jadłam tak upieczonego ziemniaka. Ale wtedy, na zakończenie tego niezwykle trudnego dnia, poczułam jego smak i aromat…

I siedząc na ławce, ze zdziwieniem wdychałam ten zapach.

I na moment czas się zatrzymał. Byłam ja, ten zapach i tak wiele cudownych wspomnień. Myślałam, że ja takich dobrych wspomnień z dzieciństwa nie mam. A jednak…

Zapach! tylko zapach, tak ulotny i nietrwały, a mający przecież moc ogromną …

I przed oczami pojawił mi się obraz rozbawionych dzieci, skupionych wokół ogniska z uśmiechem w oczach i czekających niecierpliwie na ziemniaczki pieczone. I wokół nich był jesienny wieczór, ciemność, chłód i była opadająca rosa. Był blask i ciepło ogniska,  a ja poczułam smak i aromat upieczonego ziemniaka i usłyszałam głosy matek niecierpliwie nawołujące do domu. I udzielił mi się tamten spokój, śmiech i bezpieczeństwo.

To było dzieciństwo.

Czas kiedy wszystko wydaje się możliwe i w zasięgu ręki. Czas, gdy nie ma ostateczności i złego przeznaczenia. Czas, gdy wierzy się w magię i potrafi czerpać radość z najdrobniejszych rzeczy. Czas, gdy rodzice skutecznie rozwiązywali wszystkie nasze problemy. Dzieciństwo to czas, kiedy nawet zwykłe ognisko, potrafiło dać nam mnóstwo radości i cudnych przeżyć…

To niesamowite, jak szybko i niepostrzeżenie czując coś – od razu mamy przed oczyma obrazy zapomniane i wydawałoby się, że utracone już na zawsze…

Dziwne, ale piękne wrażenie.

I siedziałam tam, tego jesiennego ciemnego dnia i przywoływałam swoje dobre wspomnienia z dzieciństwa. Czasem zapominam, że takich też mam bez liku. Czasem zapominam, że i ja byłam tym niecierpliwym dzieckiem czekającym z wypiekami na twarzy, na swojego ziemniaczka piekącego się w ognisku.

Pamiętam, że gdy byłam małą dziewczynką, to jesienią w naszym przydomowym sadzie grabiłam liście. Matko kochana, ależ ja te jesienne ogrodowe porządki lubiłam. Ubierałam się w takie ogromne i ciepłe kurtki i samiuteńka grabiłam wszystko, co do jednego listka. Robiłam duże liściowe kopce, a potem obie z siostrą śmiejąc się i piszcząc wniebogłosy rozwalałyśmy je na wszystkie strony. A po reprymendzie rodziców, szybko zgarniałyśmy wszystko raz jeszcze i z przejęciem rozpalałyśmy ognisko paląc w nim zagrabione liście. Ciężki aromatyczny dym unosił się niziutko nad ziemią i pachniał tak, że do dzisiaj jeszcze czuję ten zapach. A my z siostrą już po chwili, znowu piszcząc i śmiejąc się głośno, skakałyśmy przez ten snujący się dym.

Nie pamiętam tylko kiedy- początkiem zimy, czy na przedwiośniu – malowało się wapnem gaszonym pnie drzew. Ale pamiętam, że tato bardzo pilnował żeby były pomalowane. Mówił, że wtedy nie będzie szkodników i drzewa będą dobrze owocowały. Coś mi się zdaje, że jednak to malowanie odbywało się jesienią, przed pierwszymi mrozami. I pamiętam jak tato wciąż mnie upominał, żebym uważała i żebym się tym wapnem nie poparzyła.               I pamiętam mamę przynoszącą nam do sadu grube pajdy chleba ze śmietaną i cukrem i marudzącą, że calutkie będziemy śmierdzieć dymem …

W środku miasta, zapach jesiennego ogniska, przywołał świat mojego dzieciństwa …

fotografia ze strony http://pixabay.com/

Informacje o alicja

Jestem blondynką z urodzenia, naiwną i ckliwą romantyczką z upodobania, a racjonalną pragmatyczką z doświadczenia ;) Moje życiowe motto: "Uczyć trzeba się nieustannie, zrozumieć wystarczy raz".
Ten wpis został opublikowany w kategorii refleksyjne spojrzenie i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

32 odpowiedzi na „W środku miasta, zapach jesiennego ogniska…

  1. ~Calluna pisze:

    Po takim dniu, wyjście na ulicę powoduje zderzenie dwóch jak bardzo różnych rzeczywistości. Słyszy się śmiech, muzykę, nic nie znaczące rozmowy po prostu toczy się życie, a nie uwzględnia tego, że tuż, tuż jest cierpienie, tragedia, a we mnie wtedy, wszystko krzyczy dlaczego? I potem jeszcze refleksje nad przemijaniem, sensie życia. Czasami mały bodziec przywołujący wspomnienia, te najpiękniejsze potrafią ukoić ból. Po takich przeżyciach jednak nigdy nic już nie jest takie samo.

  2. ~alicja pisze:

    Znakomite i idealne podsumowanie. Dokładnie tak jest. Po takich emocjach i przeżyciach potrzeba czasu na zostawienie tego i powrót do swojego świata.
    Dziękuję :)

  3. ~chomikowa pisze:

    Żeby pracować w takim miejscu, trzeba być nieprawdopodobnie odpornym psychicznie… Podziwiam Cię, naprawdę… Na pewno to też kwestia lat, które tam już przepracowałaś i to wszystko nie robi na Tobie aż takiego wrażenia, jakie robiłoby na obcej osobie, ale jednak… Przecież nie jesteś kobietą bez serca, troszkę Cię znam:)

    A te wspomnienia… Jak ktoś miał normalne dzieciństwo, to najczęściej w chwilach zwątpienia i smutku właśnie do tego okresu życia wraca… gdzie wszystko było prostsze i czuliśmy się najbezpieczniejszymi istotami na świecie… Dobrze, że mamy co wspominać:) Nie wszyscy mają tyle szczęścia.

    • ~alicja pisze:

      Pracuję tam 8 lat. To dużo, albo mało…nie wiem…pewnie dużo, bo nauczyłam się tak wiele i dowiedziałam się jeszcze więcej. I już wiem, że nie wszystkim i nie zawsze mogę pomóc, ale też wiem że wystarczy pomóc tylko jednej osobie.
      Natomiast, po 26 latach pracy zawodowej już się nie zmienię i zawsze będę właśnie tak emocjonalnie przeżywać te sytuacje. Dla mnie inaczej się nie da. A czy można zachować się inaczej? I ja taka po prostu już jestem-zbyt wrażliwa i zbyt empatyczna-jak z naganą w głosie mówi moja rodzina :)
      A moje dzieciństwo?
      Chomiczku ono żadną miarą nie było normalne, szczęśliwe i takie jak być powinno.
      Ja tylko potrafię wyłuskiwać z tamtego czasu takie perełki. I tylko tylko takie chwile celebruję i tylko te chcę pamiętać … Resztę definitywnie wymazałam z pamięci i nie wspominam.

      • ~chomikowa pisze:

        Zbyt duża empatia i wrażliwość w tym zawodzie może wykończyć… Twoja rodzina ma trochę racji ;)

      • ~Ruda pisze:

        Spróbuje iść w Twoje ślady i skupić się tylko na wyłuskiwaniu perełek… Zbyt dużo pamiętam przykrych chwil z dzieciństwa, które wcale nie było takie najgorsze :) Skupianie się na tym, co nieprzyjemne chyba nie służy nikomu…

        Obrałaś trudną drogę – zawodową. Stykanie się z ludzkim cierpieniem jest, jak sądzę, szalenie trudne. Dla osoby wrażliwej tym bardziej. Dla nadwrażliwej to już chyba katastrofa. Mam nadzieję, że u Ciebie jest tylko (a zarazem AŻ) wrażliwość i empatia.
        Napisałabyś coś więcej o swojej pracy… ???

        :) Ruda

        • ~alicja pisze:

          Mam wrażenie, że gdy skupiamy się tylko na nieprzyjemnych, czy smutnych wspomnieniach, to one zaczynają żyć swoim życiem i zajmują nam coraz większą przestrzeń. To niczemu dobremu nie służy, stąd to moje uporczywe wyszukiwanie maleńkich i dobrych chwil. To z nich buduję moje wspomnienia i niczym z puzzli – układam na nowo moją przeszłość…
          O pracy już sporo tutaj pisałam, ale to trudne tematy i trudne przemyślenia i refleksje, więc staram się robić to tylko od czasu do czasu…

  4. Teresa pisze:

    Alicjo z tymi zapachami coś dziwnego się dzieje a może jednak nie dziwnego….. . Wiele razy ja maszerując na swoich szlakach, czuję zapach np. migdałów, innym razem zapach miodu, a jeszcze innym nieokreślony. Wtedy zatrzymuję się na chwilę i dziękuję matce naturze za te zapachowe doznania. Czytając o Twojej pracy przypomniało mi się, jak moja ulubiona aktorka Krystyna Janda zaproszona, już nie pamiętam z jakiej okazji, do TVN24 powiedziała takie zdanie: „Niektórym przydałoby się, aby zajrzeli za te okna szpitalne i zobaczyli co tam się dzieje na tych szpitalnych salach, jak ludzie cierpią……., to może by choć trochę złagodnieli”. Pozdrawiam Alicjo. :)

    • ~alicja pisze:

      Oj przydałoby się ludziom posiedzieć w takim szpitalnym świecie..
      Może wówczas nauczyliby się pokory i może zrozumieliby, co tak naprawdę w życiu jest ważne…

  5. ~paczucha pisze:

    Zapachy dziecinstwa zostaja gdzies w zakamarkach pamieci na zawsze. Buziaki przesylam.

  6. ~Makusia pisze:

    Dzień dobry :),

    swoje dzieciństwo pamiętam bardzo dobrze.. w sumie to nie tak dawno :P, ale przyznam nie mam aż tak ciekawych i barwnych wspomnień, może dlatego, że byłam mieszczuchem :), w każdym bądź razie zazdroszczę pieczonych ziemniaczków :)

  7. ~hegemon pisze:

    Aby poczuć zapach trzeba się zatrzymać. I na chwilę wyciszyć. Niesłychanie rzadko zatrzymujemy się. Widzę to też po sobie…
    A wiesz, że ja niedawno grabiłem i paliłem liście? :-)

  8. ~Mona Lisa pisze:

    Niesamowite, w środku miasta zapach ogniska i pieczonych ziemniaków (pysznych, swoją drogą :-) ). Masz rację, Alu, niepotrzebnie ciągle za czymś gonimy, zamiast cieszyć się każdą chwilą… A życie jest takie krótkie i kruche, im jestem starsza, tym silniej to do mnie dociera. Pozdrawiam jesiennie, ale bardzo, bardzo ciepło.

  9. ~alicja pisze:

    Niepotrzebnie ML…niepotrzebnie…
    Urodę i piękno życia można dostrzec najpełniej w zatrzymanej chwili…
    Serdeczności znad pierwszej kawki przesyłam :)

  10. ~grafitowy pisze:

    Aj hejt Ju! – narobiłaś mi smaki na pieczone ziemniaki ;) Węch dostarcza niesamowitych przeżyć. Ja np często przez konkretne zapachy potrafię zidentyfikować pewne wspomnienia z przeszłości. Coś niesamowitego.

  11. ~alicja pisze:

    Podobno to właśnie węch ma taką magiczną siłę, że potrafi nam przywrócić pamięć…Kiedyś nawet czytałam opracowania na ten temat i różni uczeni wypowiadali się, że korzystają z tego w przypadku ludzi z zaburzeniami świadomości, czy z utratą pamięci …
    A ziemniaczki pieczone…boziuuuu…pomyśl tylko:
    usiąść sobie przy ognisku, a potem zjeść takiego gorącego i wciąż jeszcze pokrytego popiołem… echhh….

  12. ~boja pisze:

    Alicjo, jak Ty pięknie piszesz… chyba się w Tobie zakocham!

    • ~alicja pisze:

      Dziękuję Boja :) :)a jak już się naprawdę zakochasz we mnie, to daj znać… coś z tym uczuciem zrobimy, coby tak się bezczynnie nie marnowało ;)

  13. anna pisze:

    Stworzyłaś piękny jesienny post, zapach spalonego ogniska poczułam u siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>